Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, października 02, 2022

#251 "Córki tęczy" by Hanna Cygler

#251 "Córki tęczy" by Hanna Cygler



Hej, hej! 

Dawno u mnie nie było powieści obyczajowych. Nie ukrywam, że nie jest to mój ulubiony gatunek, choć kiedyś chętniej po niego sięgałam. Jednak tym razem zdecydowałam się na współpracę z wydawnictwem Luna przy książce "Córki tęczy" Hanny Cygler z dwóch powodów - po pierwsze, opis bardzo mnie zaciekawił i w jakiś sposób przypominał mi książkę Khalida Hosseiniego "Tysiąc wspaniałych słońc" (którą kocham!), a po drugie bardzo urzekła mnie okładka. Wiem, że nie powinno się właśnie po tym oceniać książki, ale sami wiecie jak to jest. Czasami coś przykuje nasz wzrok i koniec. 

"Córki tęczy" to historia o dwóch kobietach. Jedna z nich, Joy, jest młodą ciemnoskórą Afrykanką, mieszkającą w RPA. Dziewczyna opiekuje się pięcioletnimi siostrami bliźniaczkami, rzuciła szkołę i pracuje jako kelnerka, mieszka w małym, zaniedbanym mieszkaniu. Życie bardzo mocno ją doświadczyło, ponieważ w młodym wieku straciła matkę, a ojciec nie utrzymuje z nią kontaktu. Joy musi sobie radzić z trudami w życia, aby zapewnić sobie i swoim siostrą jak najlepszy byt. 

Drugą bohaterką jest Zuzanna, dojrzała, majętna kobieta, która mieszka w Gdańsku i prowadzi swoją firmę. Jest po rozwodzie, w związku z czym czuje się trochę samotna. Tym bardziej, że jej dorosły syn zdaje się woleć towarzystwo nowej partnerki ojca. Zuzanna w Internecie poznaje mężczyznę z Londynu, który proponuje jej wspólną wycieczkę do Afryki. Kobieta czuje, że jest to jej szansa na znalezienie nowej miłości i na odrobinę szaleństwa. Mimo iż wszyscy odradzają jej tą podróż, Zuzanna pakuje walizki i wyrusza w nieznane. 

Jak łatwo się domyślić drogo Zuzanny i Joy w pewnym momencie się krzyżują, jednak, aby dowiedzieć się w jakich okolicznościach się to dzieje, musicie przeczytać książkę :) 

Ogólnie mam bardzo pozytywne odczucia po tej książce. Spodobał mi się sposób narracji i styl pisania autorki, dzięki czemu bardzo szybko się to czyta. Świat wykreowany przez autorkę, zwłaszcza RPA bardzo oddaje ducha Afryki, na stronicach powieści czuć tamtejszy klimat. Spodobała mi się także postać Joy. Dziewczyna bardzo wiele przeszła w swoim życiu, los potwornie ją doświadczył, a mimo wszystko pozostała dobrą, współczującą i empatyczną młodą kobietą, która ponad siebie stawia dobro najbliższych. Jest to jedna z najbardziej lubianych przeze mnie damskich postaci o jakich kiedykolwiek czytałam. 

Zuzannę polubiłam mniej, głównie ze względu na jej irracjonalne zachowanie. Nie mogłam uwierzyć, że dojrzała kobieta dała się namówić na podróż do nieznanego i niebezpiecznego kraju z nieznajomym. Trochę było to dla mnie sprzeczne z jej wizerunkiem poważnej bizneswoman, ale z drugiej strony rozumiem też jej chęć zmian. Została ona zamknięta w pewnych normach, każdy miał wobec niej konkretne oczekiwania, praktycznie nigdy nie mogła decydować sama za siebie, bo stała nad nią sympatyczna, choć nieco dyktatorska matka. Zuzanna swoją naiwność przypłaciła najwyższą ceną, jednak dzięki temu poznała Joy. 

Przyznam, że miałam inne oczekiwania co do tej książki. Liczyłam tutaj na historię o przyjaźni dwóch kobiet z dwóch różnych światów, o znacznej różnicy wieku, o innym statusie społecznym, o innych doświadczeniach życiowych. A temat przyjaźni został tutaj potraktowany bardzo ogólnie. Trochę żałuję, bo myślę, że dzięki temu ta książka byłaby jeszcze lepsza, bardziej wzruszająca, bardziej emocjonalna. Na to właśnie liczyłam, bo uważam, że taki pomysł na książkę były strzałem w dziesiątkę. Być może jeszcze kiedyś uda mi się coś takiego przeczytać. Dlatego już po lekturze mogę stwierdzić, że fani "Tysiąca wspaniałych słońc" nie będą zadowoleni, bo ta historia w ogóle nie jest podobna do tamtej. 

"Córki tęczy" nie będą moją ulubioną książką, ale nie zmienia to faktu, że sama lektura była bardzo interesująca. Przyjemnie się czytało tę książkę, zżyłam się z główną bohaterką, bardzo jej kibicowałam i podziwiałam jej zaangażowanie i chęć niesienia pomocy. Jestem ciekawa innych powieści z tej serii. Być może się na nie skuszę :) 

A Wy czytaliście lub macie w planach czytać "Córki tęczy"? Dajcie konieczne znać! 

wtorek, października 12, 2021

#226 "Matnia" by Paulina Jurga

#226 "Matnia" by Paulina Jurga

Hej, hej!

Witam się z Wami po dłuższej przerwie. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Hiszpanii. Byłam w odwiedzinach u mojej siostry i wspólnie zrobiłyśmy sobie kilkudniową wycieczkę do Barcelony. Spędzając pięć godzin w pociągu jadąc do stolicy Katalonii, udało mi się przeczytać najnowszą książkę Pauliny Jurgi pt. „Matnia”. Jak wiecie jestem wielką fanką serii o Marcie i rosyjskiej mafii, więc nie mogłam sobie odmówić poznania zakończenia tej trylogii.

Drugi tom zakończył się tak, że czekanie na trzeci było prawdziwą katorgą. Na szczęście nie musieliśmy na niego czekać zbyt długo. „Matnia” podzielona jest na dwie części. W pierwszej towarzyszymy Marcie, która została zraniona i uprowadzona przez członka swojej rodziny – bezwzględnego, okrutnego i zakochanego w niej Izjasława.  Przyznam, że niektóre fragmenty przyprawiały o gęsią skórkę. Sposób myślenia oprawcy, jego zachowanie, słowa… wywoływały we mnie poczucie strachu i niedowierzenie. Ten chory psychicznie człowiek, w którego żyłach płynie czyste zło żyje w innej rzeczywistości, w której jest on penem i władcą każdego ludzkiego życia. To czego Marta doświadczyła pod jego „opieką” było prawdziwym piekłem. Bardzo współczułam tej dziewczynie. Nie wyobrażam sobie przez co musiała przejść, ale jestem pełna podziwu, bo nie poddała się i do końca walczyła o wolność.

W drugiej części towarzyszymy Nikolajowi. Widzimy te same wydarzenia z jego perspektywy, widzimy jego walkę o to, by jak najszybciej odnaleźć ukochaną Martę i odbić ją z rąk okrutnego porywacza. Nikolaj jest zdolny do poświęceń, sprzeciwia się własnej rodzinie, łamie wszelkie zasady, wyrzeka się korzeni. Nie ma dla niego żadnych świętości, bo najważniejsza jest Marta i ich uczucie.

Przyznam, że czytając tę książkę ma się mieszane uczucia. Chodzi głównie to zachowanie Nikolaja, bo z jednej strony rozumiem to, że został w życiu bardzo zraniony, rodzice zgotowali mu prawdziwe piekło przez co jest teraz bezwzględnym zabijaką. Z drugiej strony posuwał się do takich rzeczy, których do końca nie rozumiem i kiedy o nich myślę, to jestem prawdziwie przerażona. Wiem, że nigdy nie skrzywdził swojej ukochanej, ale nie wiem czy będąc na miejscu Marty potrafiłabym mu zaufać. Bardzo bym chciała, ale świadomość do czego Nikolaj jest zdolny chyba nie pozwoliłaby mi spokojnie spać.

Ale to przecież miłość. Miłość wiele wybacza – nawet najstraszniejsze zbrodnie. Miłość jest głucha i ślepa. A to co połączyło Martę i Nikolaja jest prawdziwym, głębokim uczuciem, które, jak mogliśmy zobaczyć we wszystkich trzech książkach, jest w stanie znieść i przetrwać wszystko.

Ja już Wam kiedyś mówiłam, że uważam książki Pauliny Jurgi za najlepsze mafijno-romantyczne historie naszego rodzimego podwórka. Jestem nawet w stanie powiedzieć, że ta trylogia jest na światowym poziomie, więc jeśli jeszcze jakimś cudem nie znajdzie Matrioszki, to musicie ją poznać! Te książki zawsze będą miały miejsce na moim regale i kiedyś z przyjemnością do nich wrócę. A póki co czekam na inne powieści pani Pauliny. Mam nadzieję, że będą równie fascynujące jak Matrioszka.

środa, września 15, 2021

#223 "Materiał na chłopaka" by Alexis Hall

#223 "Materiał na chłopaka" by Alexis Hall


 Hej, hej! 

Ale świetną mam dla Was książkę! Jedna z lepszych, jakie czytałam w tym roku. Jak tylko zobaczyłam zapowiedź od Wydawnictwa Otwartego wiedziałam, że muszę ją mieć i przeczytać. I powiem Wam, że w ogóle się nie zawiodłam. Wszystko w tej książce jest genialne. 

Głównym bohaterem jest Luc. Luc to młody mężczyzna, pracownik fundacji zajmującej się ochroną żuków, jest synem upadających gwiazd z lat osiemdziesiątych i wzbudza ogólne zainteresowanie prasy brukowej. Luc zwraca na siebie uwagę paparazzi, bo często imprezuje, dużo pije i zmienia partnerów jak rękawiczki. Dopiero, kiedy wisi nad nim widmo utraty pracy, dostaje ultimatum - albo znajdzie sobie porządnego faceta i się ustatkuje albo zostanie zwolniony. Zaczynają się poszukiwania kandydata na "chłopaka na niby". I wówczas na jego drodze staje Oliver - wysportowany, poukładany, nieco pedantyczny adwokat, który ma swoje zasady. Na pierwszy rzut oka widać, że to połączenie nie może się udać, że to mieszanka, która prędzej czy później wybuchnie, ale zarówno Luc, jak i Oliver, nie przypuszczali, że mogą być aż tak nieidealnie do siebie dopasowani. 

"Materiał na chłopaka" to przezabawna książka, pełna żartów i brytyjskiego humoru. Niejednokrotnie się przy niej uśmiechnęłam. Jednak jedno z najczęstszych uczuć, które mi towarzyszyły podczas lektury to rozczulenie. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale zazwyczaj kiedy czytam historie o parze homoseksualnej, to moje serce się rozpływa i za żadne skarby nie mogę przestać trzymać za nich kciuków. Nie wiem czy to dlatego, że w moim realnym życiu mam homoseksualnych znajomych czy też czytam to przez pryzmat Polski, w której osoby o odmiennej orientacji mają trudniej. 

Lubię tę książkę głównie ze względu na bohaterów. Nie są idealni, mają wady i cechy, które denerwują i irytują, ale nieustannie nad sobą pracują. Walczą ze swoimi słabościami. Luc i Oliver noszą w sobie traumy, próbują wzajemnie podbić w sobie pewność siebie i pokazać temu drugiemu, że jest pięknym i wartościowym człowiekiem. Pomagają sobie odbudować poczucie własnej wartości i nakierować życie na właściwe tory. Obydwaj popełniają błędy, ranią się i krzywdzą, ale najważniejsze jest to, że próbują naprawić wszystkie krzywdy, dzięki czemu stają się sobie bliżsi. Pięknie patrzy się na to, jak z dwójki totalnie różnych i obcych sobie ludzi stają się przyjaciółmi od serca. 

Rzadko kiedy mam poczucie dobrej książki, takiej, którą zapamiętam na długo i którą z czystym sumieniem mogę polecić każdej osobie. Jestem przekonana, że zarówno fan thrillerów, jak i fan romansów, przeczytawszy tę książkę będzie zadowolony i nie pożałuje ani jednej minuty, którą spędził w towarzystwie głównych bohaterów "Materiału na chłopaka". Ja jestem oczarowana i zachwycona i wiem na pewno, że kiedy najdą mnie gorsze czasy, to właśnie ta książka będzie jedną z tych do których wrócę w poszukiwaniu pocieszenia. 

poniedziałek, maja 24, 2021

#203 "Marionetka" by Paulina Jurga

#203 "Marionetka" by Paulina Jurga



Hej, hej! 

Pewnie każdy z Was zna to uczucie, kiedy z niecierpliwością czekacie na kolejne tomy waszej ulubionej serii. Mi takie uczucie towarzyszyło właśnie przy książce "Marionetka" Pauliny Jurgi. Czekałam, czekałam i się doczekałam i powiem szczerze, że było na co czekać. 

W "Matrioszce", pierwszej części" poznajemy Martę, która zostaje porwana przez swojego biologicznego ojca - szefa rosyjskiej mafii, i uwięziona w jego okazałej posiadłości. Marta musi zmierzyć się z brutalnością mafijnego światka. Nie jest to dla niej łatwe, dlatego buntuje się, jednak nie ma żadnych szans w starciu z barbarzyńskim ojcem i jego świtą. W Rosji dziewczynie zostaje przydzielona ochrona, w tym przystojny Nikolaj, który szybko znajduje szczególne miejsce w sercu Marty. Pierwszy tom tej serii kończy się tak, że zakończenia nie powstydziłby się nawet Remigiusz Mróz :) Dlatego nie mogłam się doczekać drugiej części. 

"Marionetka" jest nieco inna, ale równie dużo się w niej dzieje. Po tragicznych wydarzeniach z tomu pierwszego, Maks, brat bliźniak Marty, musi stawić czoła najwyżej postawionym członkom rosyjskiej mafii i wkupić się w ich łaski. Ma wokół siebie ludzi, którzy mu w tym pomagają, jednak czy aby na pewno każdy jest mu przychylny? Czytając tę książkę miałam nieodparte wrażenie, że w szeregach rodziny i pracowników rodziny Kosłow jest krew i nawet mam swoje podejrzenia, kto to może być. Właśnie przez niego i przez decyzje podjęte przez Maksa, Marta jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Grozi jej czeczeńska mafia, a w dodatku nie czuje się pewnie w domu, bo odkryła pewien sekret, który na stałe odmieni życie jej oraz Nikolaja. 

To co mi się najbardziej podobało w tej książce to to, że mogliśmy lepiej poznać pozostałych bohaterów. Cieszę się, że autorka postanowiła przybliżyć czytelnikom historię Nikolaja, która była trudna, bolesna i niesamowicie bulwersująca. Odbiegając od tematu, wiem, że to tylko literacka fikcja, ale czytając fragmenty z życia małego Niko podświadomie myślałam o "szkoleniach" dla dzieci porwanych przez dżihadystów. Te wydarzenia nabierają jeszcze większego znaczenia i napawają większym strachem, kiedy człowiek sobie uświadomi, że to nie do końca jest tylko wymysł autorki. Ale to tylko taka mała dygresja...

Mocnym punktem całej tej historii jest uczucie rodzące się miedzy głównymi bohaterami. Bardzo podoba mi się to, że Marta i Nikolaj nie rzucili się na siebie przy pierwszej możliwej okazji. Ich uczucie budowane jest stopniowo, małymi kroczkami. Od początku jest wiadome, że dwa dwójka za sobą szaleje, ale autorka pokazała delikatną i wrażliwą stronę bezwzględnego mężczyzny, który dla ukochanej jest w stanie zrobić wszystko. Choć należy pamiętać, że Niko to wciąż wyszkolony zabójca, któremu nawet oko nie drgnie, wykonując egzekucję. Moim zdaniem postaci są świetnie wykreowane, są wielowymiarowe i mają dwie twarze, które stopniowo są odkrywane w kolejnych tomach powieści. 

Powiem Wam, że czekanie na trzecią część będzie katorgą! Zakończenie wbiło mnie w fotel i naprawdę nie mogę się już doczekać, kiedy w moje ręce trafi bodajże ostatnia część tej trylogii. Jeśli lubicie historie mafijne to koniecznie sięgnijcie po tę serię. Jest na naprawdę światowym poziomie i gwarantuję Wam, że nie będziecie się nudzić!

wtorek, marca 30, 2021

#193 "W moim śnie" by Joanna Gajewczyk

#193 "W moim śnie" by Joanna Gajewczyk

Hej, hej! 

Dzięki wydawnictwu Muza i Grzesznym Książkom miałam możliwość przeczytani książki Joanny Gajewczyk "W moim śnie". Jest to romans paranormalny, czyli coś podobnego do tego co wydała ostatnio Colleen Hoover (o "Layli" przeczytacie TUTAJ). I jak widzicie mam tę książkę w dwóch egzemplarzach. A to oznacza, że jeden będzie dla Was. Rozdanie trwa na moim Instagramie - TUTAJ pod zdjęciem z tą książką. 

Główną bohaterką "W moim śnie" jest Pola. Pola mieszka w niewielkim miasteczku i prowadzi swoją własną kawiarnio-księgarnię. Jednak względne szczęście zaczynają psuć przerażające koszmary, które nie dają jej spać. Pola przenosi się w nich w przerażające miejsce, w którym czuć okropny odór, a wokół tajemniczego budynku i na placu zabaw leżą ciała dzieci. Te sny są dla Poli tak traumatyczne, że dziewczyna nie potrafi normalnie funkcjonować za dnia. Pewnego razu we śnie spotyka mężczyznę - Wadima. I jak się okazuje, istnieje on naprawdę. Wadim mieszka w Poznaniu i prowadzi salon samochodowy. Para odkrywa, że podczas snu przenoszą się do innej, równoległej rzeczywistości i aby rozwikłać tajemnicę tego miejsca muszą działać razem. Postanawiają spotkać się w prawdziwym świecie i wspólnie wyruszyć na poszukiwania miejsca i ludzi ze snów. 

Przeczytałam tę historię względnie szybko. Czytając opis wydawało mi się, że będzie to książka romantyczna z wątkiem paranormalnym - na to liczyłam, jednak okazało się, że jest inaczej. "W moim śnie" to książka z bardzo mocno rozbudowanym wątkiem fantasy i na nim autorka głównie się skupiła. Byłam tym zawiedziona, ale to dlatego, że ja po prostu nie lubię tego gatunku literackiego. Dlatego nie jestem do końca usatysfakcjonowana, ponieważ zabrakło mi romansu (co nie oznacza, że tego nie było, ale chciałam więcej!). Mimo wszystko książkę przeczytałam i przyznam, że sam pomysł na tę historię podoba mi się. Rozdziały pisane są naprzemiennie - życie realne przeplata się ze snami. Sny opisane są w bardzo realistyczny sposób, choć nie brakuje w nich nadprzyrodzonych rzeczy - rozmów z duchami, nadprzyrodzonych mocy. Natomiast cała sceneria opisana w koszmarach naprawdę przyprawia o gęsią skórkę. Jedynym minusem, który zauważyłam i który mi przeszkadzał to to, że niekiedy autorka lała wodę. Łapałam się na tym, że omijałam pojedyncze zdania, bo opisywały mało istotne rzeczy i miałam wrażenie, że autorka powtarza to samo, ale innymi słowami - tyczy się to głównie opisów uczuć i emocji głównej bohaterki. 

I tak jak wspomniałam wyżej zabrało mi romansu. Okładka książki obiecuje piękną i namiętną miłość... Mocno się z tym nie zgadzam. Piękna miłość może jest - bo każda miłość jest piękna, ale namiętna? Romans głównych bohaterów zaczął się dość nieoczywiście. Nie każdy z nas poznaje swojego wybranka we śnie. Ich relacja budowana była stopniowo i małymi kroczkami, aczkolwiek już od początku było wiadomo do czego to wszystko zmierza. Jednak zabrakło mi w tej książce uczuciowych rozmów, powłóczystych spojrzeń, przypadkowych dotknięć. Jak dla mnie mało to było namiętne. 

Ja nie jestem do końca zadowolona z lektury, ale wierzę, że książka znajdzie swoje grono odbiorców. Jest dobrze napisana, ma bardzo ciekawy pomysł na fabułę, bohaterowie są ciekawie wykreowani - nie irytują, a to ważne. Jeżeli ktoś lubi książki, w których pomieszane są różne gatunki, to na pewno będą zachwyceni. Moje niezadowolenie bierze się głównie z tego, że dla mnie za dużo było fantasy, a za mało ciekawych wydarzeń w realnym życiu głównych postaci. Jednak najlepiej zrobicie jak sami przeczytacie i sprawdzicie, czy książka Wam się podoba. 

wtorek, marca 02, 2021

#187 "Underground" by Agata Suchocka

#187 "Underground" by Agata Suchocka



Hej, hej!

Na wstępnie chciałabym podziękować Wydawnictwu Akurat za możliwość przeczytania książki "Underground" Agaty Suchockiej. Pomimo tego, że zaliczana jest ona do gatunku obyczajówka/romans, to nie znajdziecie tutaj tkliwych wyznań i romantycznych scen. Jest to dużo mocniejsza lektura, w której alkohol, narkotyki,, mocna muzyka i seks są na porządku dziennym. 

Główną bohaterką jest Marla, trzydziestoletnia kobieta lubiąca mroczny klimat. Na co dzień jest przykładną pracownicą biura tłumaczeń, wieczorami przyodziewa mocny makijaż, ciężkie buty, ćwieki oraz obcisłe, czarne ciuchy i rusza w miasto w poszukiwaniu wrażeń w najmroczniejszych klubach. Obraca się w towarzystwie tajemniczych ludzi, głównie mężczyzn, którzy nie stronią od seksu i wszelkiego rodzaju używek. Nie pomaga jej to w odnalezieniu samej siebie. Marla bowiem walczy z własnymi demonami, z chorobami o podłożu psychicznym, ma depresję i wydaje mi się, że według niej najlepszym sposobem, aby z tego wszystkiego wyjść jest autodestrukcja. 

Uważam, że nie jest to łatwa książka. Na pewno nie dla ludzi wrażliwych. Trzeba mieć mocne nerwy, aby przebrnąć przez klimat tej historii. Z każdej strony uderza w czytelnika brud, mroczność, beznadzieja. Jest tutaj tego tak dużo, że sama momentami byłam zmęczona tą historią. Miałam ochotę potrząsnąć główną bohaterką, aby się ogarnęła, bo jest inteligentną kobietą, a sięgnęła dna przez nieodpowiednie znajomości i przez to, że pod przykrywką dobrej samarytanki dała się wykorzystywać gówniarzom, którzy próbowali zaciągnąć ją do łóżka lub potrzebowali dachu nad głową do ćpania. Także jak widzicie mamy tutaj do czynienia z naprawdę mrocznym klimatem. Myślę, że autorka świetnie oddała środowisko tych ludzi, miejsca w których się gromadzą, ich sposób bycia, myślenia. Jest to bardzo realna historia. 

Jednak to co jest najlepsze w tej książce to bohaterowie. Autodestrukcyjna Marla, niby odważna, a tak naprawdę zlękniona, niby pewna siebie, a jednak mogąca zrobić wszystko, aby zasłużyć na choć odrobinę zainteresowania. Zagubiona we własnych myślach, pogrążona w nałogu, nie myśląca o konsekwencjach, nie dbająca o przyjaźnie, choć to one były jednym mocnym punktem w jej życiu. Zniszczyła wszystko co dobre, a jedyną osobą, którą stała przy jej boku to Lizard - zakochany po uszy, znoszący wszystkie upokorzenia. Poświęcił wiele, aby tylko uratować Marlę przed samą sobą. Czy było warto? 

Powiem Wam, że pomimo tego co napisałam i tego, że ta książka naprawdę mi się podobała, to myślałam, że będzie ona mocniejsza. Dlatego z lekką obawą podchodziłam do lektury. Oczywiście nie oznacza to, że było lekko - myślę, że jasno Wam nakreśliłam klimat tej książki powyżej. Czytałam kiedyś podobną książkę, ale nie pamiętam ani autora, ani tytułu, i pamiętam, że też było brudno i mrocznie, był alkohol, seks i narkotyki, wówczas ta książka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. "Underground" jest nieco łagodniejszy, ale i tak mocno oddziałowuje na czytelnika. Jeśli lubicie takie mroczne historie, a dodatkowo szukacie ciekawych bohaterów, których charakter nadaje się do głębokiej analizy, to polecam serdecznie. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni. 

niedziela, grudnia 20, 2020

#175 "Matrioszka" by Paulina Jurga

#175 "Matrioszka" by Paulina Jurga

Hej, hej . 

Przychodzę do Was z jedną z ostatnich recenzji w tym roku (w planach mam jeszcze napisanie notki o "Małych sekretach" Jennifer Hillier, ale dopiero kończę ją czytać). Ostatnio przeczytałam debiutancką książkę polskiej autorki Pauliny Jurgi pt. "Matrioszka". Jest to książka, w której znajdziecie same najlepsze wątki - miłosny i mafijny. A do czynienia mamy z rosyjską mafią, także nie będzie kolorowo. 

Główną bohaterką tej trylogii jest Marta. Marta jest normalną nastolatką uczącą się w warszawskim liceum. Pewnego dnia wraca do domu i we własnej kuchni widzi pobitego ojca z kilkoma podejrzanymi typami w drogich garniturach. Jeden z nich okazuje się być biologicznym ojcem dziewczyny. Marta zostaje odurzona środkami i wywieziona do Rosji, gdzie pod baczną obserwacją prywatnej ochrony musi nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości, w wielkim pałacu, z nową rodziną i prywatnym ochroniarzem Nikołajem, który z czasem staje się kim więcej niż tylko bodyguardem. 

Powiem Wam szczerze, że zawsze mam wątpliwości co do polskiej literatury. Zwłaszcza tyczy się to nowych autorów, których nie znam i autorów powieści obyczajowych, bo głównie zawodzę się na takich książkach. Jednak przyznaje, że w tym wypadku byłam pozytywnie zaskoczona i zadowolona z lektury, bo ta książka jest naprawdę dobra. Zacznę do tego, że bardzo podobają mi się bohaterowie. Do Nikołaja zapałałam sympatią od pierwszych stron (ale to pewnie dlatego, że mam słabość do 'złych chłopców'). Niko jest twardym gościem, bezwzględnym zabijaką, facetem bez sentymentów i wydawałoby się, że bez uczuć, jednak po spotkaniu Marty, którą pieszczotliwie nazywa Jaskółką, poznajemy jego drugie oblicze - faceta, który kocha za zabój. Natomiast Marta, czyli rosyjska Matriona, to dziewczyna bardzo odważna i silna psychicznie. Z godnością znosi to co ją spotkało i mimo iż zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w którym się znajduje, nie przestaje myśleć o tym, aby wydostać się z tej złotej klatki. Pragnie wolności i dąży do niej za wszelką cenę. Dziewczyna popełnia kilka błędów, natomiast będąc w jej sytuacji wszyscy by je popełnili. Koniec końców udowadnia, że to ludzie, których kocha są dla niej najważniejsi i stara się im to udowodnić. 

Również postaci drugoplanowe są bardzo ciekawie wykreowane. Moje zainteresowanie od samego początku wzbudził brat bliźniak Marty, Maks. Przyznaje, że jest to dla mnie postać zagadkowa i czułam, że będzie on miał większe znaczenie w całej tej historii, ale o tym dowiemy się pewnie w kolejnym tomie, bo autorka zafundowała czytelnikom takie zakończenie, że... Eh, szkoda, że tak długo trzeba czekać na kontynuację. 

Jak sami widzicie, bohaterowie są dość ciekawi, jednak to co jest najlepsze w tej książce to akcja, która nie zwalnia ani na chwilę. Każda strona, każdy rozdział to kolejna ciekawa sytuacja, która ma znaczący wpływ na życie bohaterów - porwania, zabójstwa, przekupstwo, pojedynki, wszechobecna agresja i przemoc, a do tego uczucie, które rodzi się między głównymi bohaterami. Jeśli chodzi o wątek miłosny, oczywiście, że był przewidywalny, jednak to co najbardziej mi się w nim podobało, to że nie był taki gwałtowny. To uczucie rozwijało się powoli, swoim tempem. W końcu Marta jest porwaną nastolatką, a Nikołaj to ochroniarz, który musi spełniać rozkazy ojca dziewczyny. Ta miłość nie powinna się zdarzyć, jest zakazana, niewłaściwa, ale właśnie takie historie czytelnicy lubią najbardziej. A przynajmniej ja. Nie może być za prosto. 

Nie będziecie nudzić się przy tej książce. Ciekawi bohaterowie, wartka akcja, momenty zwrotne, kulminacje, do tego rosyjska mafia i zakazana miłość. Każdy czytelnik znajdzie tutaj coś dla siebie. A jak dodamy do tego przyjemny styl pisania autorki to dostajemy naprawdę niezłą książkę, która umili nam długie zimowe wieczory. Ja jestem bardzo zadowolona z lektury i z pewnością sięgnę po kolejne tomy tej trylogii. Wszystkie ukażą się w przyszłym roku, więc już teraz jest na co czekać. 

poniedziałek, listopada 02, 2020

#173 "Bez Ciebie" i "Jeszcze raz" by Agata Przybyłek

#173 "Bez Ciebie" i "Jeszcze raz" by Agata Przybyłek



Hej, hej! 

Dawno nie czytałam żadnej obyczajówki z prawdziwego zdarzenia, ale zdecydowałam się sięgnąć po powyższe książki z dwóch powodów. Po pierwsze nigdy nie czytałam żadne książki Agaty Przybyłek, a wiem, że jest bardzo cenioną autorką wśród przedstawicieli tego gatunku. A po drugie okładki tych książek są takie piękne i jesienne (specjalnie okładałam tę lekturę za jesienny czas), że musiałam. Po prostu musiałam. I przeczytałam. Zdecydowałam się na recenzję 2 w 1, bo to seria, a że przeczytałam jedną po drugiej, to nie ma sensu rozkładać tego na części. Postaram się nie sprzedawać Wam tu żadnych spoilerów :) 

"Bez Ciebie" to historia Katarzyny, która doświadczała ogromnej krzywdy wyrządzanej przez ukochanego męża Collina. Pomimo tego, że kobieta zdawała sobie sprawę, że tak nie powinno być, że Collin jest tyranem, to nie potrafiła od niego odejść, a co gorsza ciągle znajdowała potwierdzenia słów swojego męża jakoby była niezbyt bystra, za mało samodzielna. Po prostu niewystarczająca. Pewnego razu rękoczyny zaszły za daleko i mężczyzna skatował Katarzynę zostawiając ją na pewną śmierć. W tym stanie Katarzynę znajduje teściowa Lucy. Starsza kobieta na szybko organizuje ratunek i z pomocą swojego siostrzeńca Alana, lekarza z Toronto, wywożą ledwo żywą Kasię do Kanady, gdzie przechodzi liczne operacje i rekonwalescencje. Dziewczyna próbuje na nowo ułożyć sobie życie, a pomiędzy nią i Alanem rodzi się nić porozumienia pomagająca jej stanąć na nogach po traumatycznych przeżyciach. 

To skrót pierwszej części. W drugiej części mamy możliwość bliższego poznania Agaty, dziewczyny bystrej i dynamicznej, pewnej siebie, byłej partnerki Alana. Agata przeżyła w dzieciństwie dramatyczną historię i aż krew się we mnie gotowała, kiedy to czytałam. Przeszłość są ukształtowała, przez co popełniła w swoim związku kilka błędów, które doprowadziły do rozstania z przystojnym lekarzem. W "Jeszcze raz" autorka skupiła się na odbudowaniu relacji tej dwójki, choć nie było to łatwe, bowiem Alan w sercu nosił już inną kobietę. Drugi tom jest mniej poruszający mimo iż autorka przedstawiła w nim dzieciństwo i nastoletnie lata Agaty. Nie podobał mi się on tak jak poprzednik, ale jest to świetne dopełnienie całej historii. 

Rzadko kiedy polskie obyczajówki robią na mnie dobre wrażenie. Mam swoich faworytów, którym w moim odczuciu ciężko dorównać, bo nie o lubię mdłych i ckliwych historyjek o niczym. Tutaj zdecydowanie mamy bardzo ciekawą fabułę, tematy kontrowersyjne, ale jakże prawdzie, bo przecież przemoc w rodzinie to nie wyjątek, tylko sytuacja, która spotyka miliony ludzi na świecie. Niektórzy czytelnicy będą mogli niestety utożsamić się z bohaterami. Mamy tutaj prawdziwe historie, prawdziwe emocje, ból, strach, ale także miłość, która pomimo wszelkich przeciwności rodzi się na naszych oczach. 

Cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po te książki i że poznałam tych bohaterów. Od początku zapałałam sympatią do Katarzyny, Agaty i Alana, a przede wszystkim do Lucy i bardzo żałuję, że tej ostatniej tak mało było w tych książkach. Mimo wszystko bardzo mi się podobało i cieszę się, że trafiłam na kolejną obyczajówkę, którą będę mogła z czystym sumieniem Wam polecić. 

sobota, września 26, 2020

#166 "Na zawsze, ale z przerwą" by Taylor Jenkins Reid

#166 "Na zawsze, ale z przerwą" by Taylor Jenkins Reid


Hej, hej. 
Ten post miał się pojawić na początku zeszłego tygodnia, ale wzięłam udział w wyzwaniu Kobiecej Foto Szkoły, dlatego poświęciłam swój czas na kreatywne fotografowanie. Na moim profilu na Instagramie możecie zobaczyć, jakie były tematy w tej edycji wyzwania i jak sobie z nimi poradziłam. 

A teraz przechodzę już do recenzji debiutanckiej powieści Taylor Jenkins Reid "Na zawsze, ale z przerwą". Przyznam szczerze, że miałam duże oczekiwania względem tej książki, bo czytałam już nowsze powieści tej autorki, czyli "Siedmiu mężów Everyl Hugo" oraz "Daisy Jones & The Six". Obie książki bardzo mi się podobały i wzbudziły we mnie wiele emocji, dlatego też, pomimo tego, że to pierwsza książka Reid, spodziewałam się równie niesamowitej lektury. 

Jest to historia o smutnej tematyce. Elsie w przypadkowych okolicznościach poznaje miłość swojego życia Bena. Od początku są sobie pisani, kochają się miłością wielką i szaleńczą. Spędzają ze sobą intensywne pół roku, po czym wbrew wszystkiemu i wszystkim pobierają się w tajemnicy. Nikt nie przypuszcza, że już kilka dni po ceremonii Elsie zostanie wdową. Dziewczyna musi uporać się z ogromną stratą i pożegnać swojego męża i najlepszego przyjaciela. 
Książka opowiada i pokazuje jak główna bohaterka przepracowuje żałobę, jak sobie radzi ze smutkiem i depresją, jak wygląda jej życie, kiedy jego główna część nagle znika i pozostawia po sobie ogromną, bolesną pustkę i dziurę w sercu. 

Powiem Wam, że zanim sięgnęłam po tę książkę to przeczytałam kilka pierwszych opinii. Wszyscy pisali, że ta książka to prawdziwy wyciskach łez, że bez pudełka chusteczek lepiej nie zasiadać do lektury. Naprawdę nastawiłam się na mocno poruszającą i wzruszającą historię. I powiem szczerze, że ja kompletnie nie doświadczyłam tych emocji, co czytelnicy, których opinie widziałam. Jasne, historia jest smutna, jednak w ogóle nie potrafiłam wczuć się w emocje głównej bohaterki. Dla mnie ona i jej nastawienie były bardzo chłodne, nijakie. Nie widziałam w niej zaangażowania w tę miłość, nie czułam jej smutku, jej żalu. I bólem serca muszę stwierdzić, że w ani jednym momencie tej książki nie byłam wzruszona. To dziwne, bo ja się wzruszam zawsze i wszędzie, więc bardzo żałuję, że historia Elsie i Bena mnie nie poruszyła. 
Nie zrozumcie mnie źle, bo to nie jest zła książka. Jak na debiut, to uważam, że jest bardzo dobra. Problem może być we mnie, bo zbyt duże oczekiwania względem niej miałam. A jak widać po innych recenzjach, to książka większości się spodoba. 
Rozumiem, co autorka chciała przekazać poprzez tę powieść, jakie zamiary nią kierowały. Myślę, że dotarł do mnie morał tej historii. Jednak dużo bardziej podobają mi się książki o Evelyn Hugo i Daisy Jones. 

Podsumowując, "Na zawsze, ale z przerwą" to smutna historia o przemijaniu i stracie, ale także o szaleńczej miłości. Może wzruszyć i zachwycić, może także zawieść - tak jak mnie. Jednak nie uważam, że jest to książka nudna i niewarta przeczytania. Wręcz przeciwnie! 

środa, lipca 29, 2020

#159 "Daisy Jones & The Six" by Taylor Jenkins Reid

#159 "Daisy Jones & The Six" by Taylor Jenkins Reid

Hej, hej!
Ta recenzja miała się pojawić już dawno temu. I pomimo tego, że mam dla Was super książkę i mam na jej temat wiele do powiedzenia i bardzo chciałam się nią z Wami podzielić, to jakoś ciągle brakowało mi weny do napisania tej recenzji.
Ale jestem! Pomimo tego, że weny wziąć mi brak, to ta książka nie może już dłużej czekać.

Może zacznijmy od tytułowych bohaterów książki.
Daisy Jones to młoda dziewczyna z ogromnym talentem i ogromną charyzmą. Wychowywana jest w amerykańskiej rodzinie, przez rodziców, którzy nigdy nie poświęcali jej dość uwagi. Można uznać, że wychowywała się sama.
Od dziecka chodziła własnymi drogami, nie poddawała się i zawsze robiła i mówiła to co chciała. Nie przejmowała się konsekwencjami swojego działania, bo zawsze spadała na cztery łapy. Umiała sobie poradzić w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.
Daisy Jones zależało na dorosłości, dlatego pomimo młodego wieku szybko zaczęła się obracać wśród osób od niej starszych i nieodpowiednich. W bardzo młodym wieku poznała co to alkohol i narkotyki. Miała urodę, na którą wszyscy zwracali uwagę, zapadała w pamięć i dzięki swojej osobowości ludzie zabiegali o to, aby znajdować się w jej towarzystwie. A jakby tego było mało to Daisy miała piękny głos i śpiewała tak, że nikt nie mógł oderwać od niej wzroku, gdy znajdowała się na scenie. Taka była... Nie dało się jej nie kochać.
I podczas gdy Daisy zbierała pierwsze sceniczne doświadczenia, w tym samym czasie rockowy zespół The Six, z charyzmatycznym frontmanem Billy'm na czele, zdobywali listy przebojów swoimi najnowszymi hitami. Aż pewnego razu w zespole pojawił się pomysł nagrania duetu z kobietą. I wówczas w życiu Billy'ego i całego zespołu The Six pojawiła się Daisy.

Książka tak naprawdę jest wywiadem z głównymi bohaterami, a także wszystkimi innymi osobami, które Daisy lub Billy spotkali na swojej drodze do kariery - od producentów po dziennikarzy, przyjaciół i rodzinę. I co ciekawe, dopiero na końcu dowiadujemy się kto tak naprawdę ten wywiad przeprowadza. I ta wiedza wiele wyjaśnia czytelnikowi.
Historia ta to spis wszystkich najważniejszych wydarzeń, które miały wpływ na życie i karierę bohaterów. Ich opis przedstawiony jest z perspektywy kilku osób i to niesamowite jak jedna sytuacja można być różnie interpretowana przez różne osoby. Co dla jednych jest oczywistą oczywistością, dla innych może mieć inne, znacznie głębsze znaczenie.
Ta książka ma niesamowity klimat. Akcja dzieje się w Ameryce, w latach siedemdziesiątych. Każdy z nam ma jakieś wyobrażenie o tych czasach, a ta książka tylko je potwierdzi. Mamy tutaj do czynienia z alkoholem, seksem i dużą dawką narkotyków, także jak ktoś jest wrażliwy na takie sprawy, to niech czyta tę książę ostrożnie.

I powiem Wam, że Taylor Jenkins Reid wyrasta na jedną z moich ulubionych pisarek. Ma ona coś takiego, że wszystkie powieści, które wychodzą spod jej pióra są bardzo realistyczne. I tak jak przy "Siedmiu mężów Evelyn Hugo" miałam ochotę wygooglać zdjęcia i obejrzeć filmy, w których grała bohaterka, tak tutaj przy każdym opisie piosenki miałam ochotę ją wyszukać i posłuchać. Ciężko jest mi uwierzyć, że Daisy i zespół The Six to wyłącznie fikcja, że oni nie żyli i nie tworzyli naprawdę. I gwarantuję Wam, że też tak będziecie mieć.

Podsumowując, ta książka to prawdziwa perełka na mojej półce. To nie tylko historia o muzykach i wielkiej, muzycznej karierze, ale przede wszystkim jest to historia o prawdziwym życiu, o wzlotach i upadkach, o uzależnieniu, wybaczaniu i wielkiej sile. Ja Wam gorąco polecam, bo ta książka to póki co mój faworyt na najlepszą powieść tego roku.

wtorek, czerwca 30, 2020

#157 "Arabski raj" by Tanya Valko

#157 "Arabski raj" by Tanya Valko

Hej, hej!
Dawno nie było na blogu żadnej książki z cyklu tych arabskich, z Bliskim Wschodzie w tle. Lubię te książki, ale coraz trudniej jest mi trafić na coś odkrywczego. W ramach wyzwania, którego podjęłam na Instagramie, gdzie zadeklarowałam przeczytać do końca czerwca sześć książek z mojego stosu hańby, wybrałam "Arabski raj", bo zalegał na mojej półce dobry rok.
Teraz myślę, że to jednak nie był dobry wybór...

"Arabski raj" to kolejna część Arabskiej Sagi Tanyi Valko. Znów zostajemy wciągnięci w pokręcony świat sióstr Marysi i Darii, które próbują odnaleźć się w arabskim świecie. Książka dzieli się jakby na dwie części - jedna pisana jest z perspektywy Marii, a druga ze strony Darii.
Pierwsza z nich po trudnych przeżyciach z ostatniego tomu, po zniewoleniu, po przykrych przygodach w Syrii, które ją spotkały podczas poszukiwań siostry, wróciła do swojego domu wraz z mężem i dziećmi. Wydawać by się mogło, że wreszcie pogodziła się z utratą Darii i będzie wiodła teraz spokojne i szczęśliwe życie. Nic bardziej mylnego! Ta kobieta nie potrafi usiedzieć na miejscu i cieszyć się z tego co ma, że jest cała i zdrowa. Że żyje!!! Przyznam, że ona już bardzo mocno mnie irytuje (zresztą jak prawie każdy bohater tej serii). Maria postanawia pojechać do Polski, zrobić studia z ratownictwa medycznego i wrócić, aby jako kobieta pracować w saudyjskiej służbie zdrowia. Cel szlachetny, ale już wyobrażam sobie konsekwencje tej decyzji.
Daria z kolei w dalszym ciągu pozostaje "pod opieką" swojego męża dżihadysty. Razem z nim wyjeżdża do Libii, gdzie Jasem planuje polityczną walkę o fotel prezydencki tego kraju. Przyznam, że ta część w ogóle mi się nie podobała, bo praktycznie wszystko kręciło się wokół skomplikowanej polityki tego kraju, którą ciężko jest zrozumieć przez te wszystkie dziwaczne nazwiska i to, że historia mieszała się literacką fikcją.

Pomimo tego, że tę książkę naprawdę szybko się czytało, to miałam z nią problem. Musiałam zrobić sobie przerwę w połowie, bo naprawdę nie wiedziałam już o co w tym wszystkim chodzi. W tej części pojawiła się masa nowych bohaterów, każdy inny, każdy związany z polityką, do każdego autorka zafundowała opis - co, kto, po co i dlaczego. Uważam, że czasami niektóre opisy są zbędne, bo mogą sprawiać, że czytelnik naprawdę będzie miał problem ze zrozumieniem treści. I pomimo tego, że pod koniec tego tomu wszystko mniej więcej zaczęło mi się układać, to i tak nie mam pewności czy wszystko dobrze zrozumiałam. Może to być też moja wina, mojej ignorancji, bo polityka zupełnie mnie nie interesuje i kiedy o niej słyszę, to automatycznie się wycofuję.

Naszła mnie taka refleksja, że tęsknię za pierwszymi tomami. Na początku autorka przedstawiała arabski świat. Wiadomo, że skupiała się bardziej na tym co złe, aby zaciekawić czytelnika, ale odnoszę wrażenie, że na początku było więcej radosnych momentów. Więcej arabskiej kultury, obrzędów, więcej uśmiechu, koloru. Teraz czytając tę serię mam wrażenie, że morderstwo goni morderstwo, gwałt goni gwałt, wszędzie terroryści, wszędzie zbrodnie honorowe, więzienia, porwania... Trochę to smutne, bo pokochałam te książki właśnie ze względu na to, że arabski świat jest taki inny, barwny. A teraz mamy do czynienia ze wszystkim co złe.

Mam nadzieję, że kolejne tomy idą w nieco innym kierunku. Bardzo bym tego chciała. Sięganie po kolejne części przychodzi mi z coraz większą trudnością, nie ma się co dziwić, że miesiącami leżą na półce, a ja nie mam ochoty po nie sięgnąć, bo z góry wiem, co się w niej znajdzie - znów przemoc, zbrodnie i kolejne "genialne" pomysły głównych bohaterek.

Dajcie znać, czy jesteście na bieżąco z tą serią i czy macie podobne odczucia?

poniedziałek, maja 04, 2020

#151 "Druga strona" - Kim Holde

#151 "Druga strona" - Kim Holde

Cześć Moliki!
Pewnie część z Was kojarzy Kim Holden i jej bestsellerowe powieści. Mi od bardzo dawna zalegała na półce "Druga strona", ale jakoś nigdy nie miałam na tyle zaparcia w sobie, aby po nią sięgnąć. Zawsze znajdowałam coś lepszego do czytania.
Jednak z pomocą przyszła Ola z @olovereads, która wpadła na świetny pomysł, aby kwiecień świętować jako miesiąc z Kim Holden. Postanowiłam skorzystać z tej okazji, bo lepszej bym nie znalazła. I przeczytałam "Drugą stronę".

Głównym bohaterem tej książki jest Toby. Toby jest samotny, nie ma rodziny ani przyjaciół. Pomieszkuje kontem u znajomego, dorabia jako konserwator i robi drobne naprawy w mieszkaniach osób, które zamieszkują ten sam wiktoriański dom. Dla wszystkich Toby jest miły, uczynny i serdeczny, każdy uważa go za dobrego chłopaka, która radzi sobie w życiu. Jednak każdy z nas ma dwie twarze. Tę, którą pokazuje światu i tę drugą, która pojawia się nocami, kiedy nikt nie patrzy.
Toby cierpi na depresję, bo nie potrafi poradzić sobie z przeszłością. Nosi w sobie ból i żal, uważa się siebie za złego człowieka, który nic nie znaczy i bez którego świat byłby lepszy. Każdego dnia walczy ze swoimi demonami. I każdego dnia chce się poddać.
Pewnego dnia do budynku, którym mieszka Toby, wprowadza się młoda dziewczyna Alice. I staje się ona jego światełkiem w tunelu. Jednak czy to wystarczy, aby Toby odsunął od siebie złe myśli i uświadomił sobie swoją wartość?

Bardzo trudno mi się czyta tego typu książki... Czytając to, co myśli o sobie Toby miałam wrażenie jakbym wpadła do swojej głowy sprzed ponad dziesięciu lat. Nie lubię tam wracać. To dla mnie strefa mroku. Dlatego tak bardo utożsamiałam się z bohaterami cierpiącymi na depresję. Doskonale ich rozumiem. Nie powinno więc nikogo dziwić, że bardzo kibicowałam głównemu bohaterowi.
"Druga strona" to nie jest książka o miłości. Nie znajdziecie tutaj wartkiej fabuły ani dramatycznych zwrotów akcji. Jest kilka zaskoczeń, jednak nie przyćmiewają one głównego wątki tej historii. Bo ta książka jest o bólu, o beznadziejności, o braku nadziei... Kim Holden w pięknych słowach opisała uczucia osoby zmagającej się z depresją. Pokazała jak łatwo jest udawać przed innymi, aby tylko nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Ale przede wszystkim pokazała, że Toby był ludzkim aniołem i nie był on wszystkim obojętny. Bowiem Toby pomimo swojej choroby nie zapominał o innych. Niósł pomoc, niósł otuchę i pociechę, której sam potrzebował. Dawał z siebie więcej nie oczekując nic w zamian. I właśnie dlatego to co sam o sobie myślał nie miało odzwierciedlenia w rzeczywistości. Potrzebował tylko małego impulsu, który sprawi, że zrozumie jak bardzo wartościowym jest człowiekiem.

Ta książka otwiera oczy na wiele spraw, dlatego warto jest po nią sięgnąć. Bo najgorzej jest powiedzieć osobie cierpiącej na depresję "nie smuć się", "będzie dobrze". Przeszłam to. I w moim wypadku było bardzo podobnie. Wszystko zaczyna się od małego impulsu...

wtorek, grudnia 10, 2019

#138 "Najcenniejszy podarunek" by Klaudia Bianek

#138 "Najcenniejszy podarunek" by Klaudia Bianek

Cześć Moliki!
Nie pamiętam, kiedy byłam tutaj ostatni raz. Zresztą, mój Instagram też mocno ucierpiał w ostatnich tygodniach. Kompletnie nie mam weny do czytania. Myślę, że jesień i zima kompletnie pochłonęły moje dobre chęci i jakąkolwiek motywację do robienia czegoś konkretnego.

Jednak nie zważając na to, postanowiłam przyjść i napisać dla Was kilka słów o książce "Najcenniejszy podarunek" Klaudii Bianek.
Klaudię początkowo znałam jedynie z instagramowego profilu, jednak bardzo się ucieszyłam, że zdecydowała się napisać swoją własną powieść. Bardzo wspieram wszelkich bookstagramerów, którzy robią coś własnego, niezależnie od tego czy projektują i sprzedają zakładki czy też piszą książki. Bardzo mnie to cieszy i wszystkim życzę powodzenia, bo jest to piękny przykład jak pasja staje się pracą.

Wracając do książki... "Najcenniejszy podarunek" to świąteczna historia Oliwii, która walczy z wieloma przeciwnościami losu, aby zorganizować święta Bożego Narodzenia. Na jej drodze staje nieobecna matka, unikająca kontaktu z rodziną, uzależniony od alkoholu ojciec, niewystarczające fundusze... Oliwia nie ma lekko, ale bardzo się stara, bo chce, aby w jej życiu zapanowała normalność.
Niespodziewanie pomoc oferuje jej Oskar, sąsiad z którym jako dziecko świetnie się dogadywała, lecz z biegiem lat kontakt się urywał i zakończył na zachowawczym przywitaniu przy mijaniu na ulicy.

Ten, kto jest ze mną dłużej wie, że ja kompletnie nie lubię świąt i historii z nimi związanych. Dlatego też bardzo rzadko sięgam po tego typu literaturę. Jednak kiedy zaproponowano mi tę książką to pomyślałam, że to przede wszystkim świetna okazja do zapoznania się z twórczością Klaudii (bo niestety jeszcze nie czytałam jej debiutanckiej powieści). I przyznam Wam szczerze, że mimo mojej niechęci do tego świątecznego okresu, to książka bardzo mi się podobała.
Przede wszystkim historia wydała mi się bardzo oryginalna i prawdziwa. Nie wszystko było takie oczywiste. Nie było sztucznie wytworzonej świątecznej atmosfery, że w tym czasie wszystko jest takie cudowne, ludzie dobrzy, a stół sam nakrywa się wigilijnymi potrawami. Klaudia wprowadziła do swojej książki kalejdoskop emocji - radość, smutek, żal... Był dramat, komedia i "happy end". Chociaż z tym ostatnim to tak nie do końca, choć chyba mogę Wam zdradzić, że zakończenie książki sugeruje ciąg dalszy losów tych bohaterów. Co oczywiście bardzo mnie cieszy, bo bardzo ich polubiłam.

Także jeśli szukacie słodko-gorzej książki, która idealnie nadawałaby się do czytania w okresie świątecznym, to z czystym sumieniem mogę polecić Wam tę ciepłą powieść, która na pewno dostarczy Wam dużo wrażeń i nastoi optymistycznie przez zbliżającymi się świętami.

środa, czerwca 12, 2019

#124 "Siedmiu mężów Evelyn Hugo" - Taylor Jenkins Reid

#124 "Siedmiu mężów Evelyn Hugo" - Taylor Jenkins Reid

Hej Moliki!
Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze. Lato w pełni, wakacje za pasem, więc chyba nie może być lepiej, co? Gorzej mają tylko ci, którzy niestety muszą pracować (tak jak ja). Ale na szczęście wolny czas można sobie umilić dobrymi lekturami.
A ta ze zdjęcia jest mega dobra!

Przychodzę dzisiaj do Was z powieścią Taylor Jenkins Reid "Siedmiu mężów Evelyn Hugo". Na wstępie muszę podziękować wydawnictwu Czwarta Strona za przesyłkę, bo ta książka to póki co mój numer jeden przeczytanych w tym roku i śmiem zaryzykować nawet stwierdzeniem, że top ostatnich lat! Naprawdę, książka jest genialna i mam nadzieję, że swoją recenzją zachęcę Was do pójścia do księgarni.

Książka rozpoczyna się w momencie, kiedy tytułowa Evelyn jest już starą, bogatą kobietą z całkiem niezłym dorobkiem filmowym na koncie. Staruszka postanawia udzielić wyjątkowego wywiadu młodej, początkującej dziennikarce. Monique zjawia się w luksusowym apartamencie Evelyn, nie rozumiejąc dlaczego tak wybitna aktorka wybrała właśnie ją do tego projektu. Jak się później okazało wybór nie był przypadkowy, ale tego dowiecie się już z fabuły.
Książka jest napisana w formie wspomnień Evelyn. Kobieta opowiada o swoim trudnym dzieciństwie, o tym jak trudno było wyrwać się z biedy, jak ciężko kobiecie o latynoskich korzeniach było odnieść sukces w branży filmowej. Jednak głównym wątkiem całej tej książki są oczywiście związki Evelyn. Kobieta opowiada o tym, kogo kochała naprawdę, kogo nienawidziła, a kto był jedynie pionkiem w grze, którego potrzebowała do odniesienia większej popularności w Hollywood.
Całość napisana jest tak świetnie, że czytanie to prawdziwa przyjemność, a kolejne rozdziały pochłania się w zastraszającym tempie.
Ta książka jest obłędnie dobra!
I przyznam się do jednej zabawnej rzeczy, która zdarzała mi się dość często podczas lektury. Niejednokrotnie po przeczytaniu fragmentu, gdzie autorka opisywała kreację Evelyn z wielkiej gali czy charakterystyczny kadr z filmu, miałam odruch sięgnięcia po telefon i wygooglania tej rzeczy. I dopiero w momencie wpisywania nazwiska Hugo w przeglądarce orientowałam się, że jest to postać fikcyjna i niczego nie znajdę.
W sumie szkoda, bo bardzo chciałabym to zobaczyć.
Myślę, że moje zachowanie idealnie obrazuje to, jak realistycznie napisana jest ta książka.

Po jej przeczytaniu naszła mnie taka refleksja jak wiele rzeczy w dzisiejszym świecie filmu, muzyki, mody, musi być wyreżyserowane i pod publiczkę. Podejrzewam, że fałszywe związki i przyjaźnie są na porządku dziennym, bardzo trudno jest o zaufanie do ludzi z branży, a różnice między dobrem i złem coraz bardziej się zacierają. Moje wnioski są smutne, ale czuję, że prawdziwe. Co oczywiście nie zmienia faktu, że na pewno nie wszystko jest sztuczne i fałszywe. Mam nadzieję, że pomimo całego zepsucia i żądzy pieniądza można znaleźć w tym środowisku osoby godne zaufania, życzliwe i wrażliwe.
Z książki wynika również, że warto jest wierzyć w siebie i spełniać swoje marzenia. Dążyć do nich i wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję. Trzeba walczyć o ludzi, o prawdziwe przyjaźnie i miłość, która jest uczuciem tak cennym i kruchym, że nigdy nie wiadomo, kiedy się ją utraci.

Mogłabym mówić o tej książce i mówić, ale chcę, żebyście sami przekonali się tym jaka jest wspaniała. Cała historia jest tak prawdziwa, że mogłaby wydarzyć się naprawdę. Polecam Wam z całego serca tę powieść. Na pewno nie pożałujecie godzin z nią spędzonych i zawsze z przyjemnością będziecie do niej wracać.

sobota, lutego 16, 2019

#110 "Srebrna Zatoka" by Jojo Moyes

#110 "Srebrna Zatoka" by Jojo Moyes

Cześć Moliki!
Dawno mnie tutaj nie było, ale nie próżnowałam, bo przeczytałam w tym czasie dwie książki. Jedną z nich była "Srebrna Zatoka", którą dostałam od mamy na urodziny.
Bardzo lubię twórczość Moyes, ale prawda jest taka, że żadna jej powieść nie urzekła mnie tak bardzo jak "Zanim się pojawiłeś". Tamta książka jest wyjątkowa, wzruszająca i wzbudza moje skrajne emocje i niestety żadna inna nawet jej nie dorównuje.

"Srebrna Zatoka" to historia Mike, przedsiębiorcy z Londynu, który realizuje swój największy projekt. W tym celu wyrusza do Australii, aby na żywo zobaczyć miejsce, w którym ma powstać najbardziej ekskluzywny kompleks hotelowy. Zatrzymuje się w niewielkim rodzinnym hoteliku, który prowadzi staruszka Kate, znana z tego, że jako siedemnastoletnia dziewczyna złowiła rekina. Wraz z Kate w hotelu mieszka jej siostrzenica Lisa z córką. Poza prowadzeniem hotelu, Lisa zajmuje się morskimi wycieczkami turystycznymi, bowiem tytułowa Srebrna Zatoka jest miejscem, w którym migrują wieloryby i delfiny.
Kiedy Mike pojawia się w Australii jego idealny, poukładany świat przewraca się do góry nogami. Po licznych rozmowach z miejscowymi ludźmi dociera do niego, że tak wielka budowa może pogrążyć rodzinny hotel i skutecznie wypłoszyć wieloryby, które dla wielu mieszkańców są głównym i jedynym źródłem utrzymania.

Powiem Wam szczerze, że moje odczucia po przeczytaniu są dość obojętne. Jest to fajna lektura, lekka i przyjemna, do poczytania na wieczór, kiedy ma się ochotę na książkę, która nie będzie od Was wymagała wyjątkowego skupienia i zaangażowania. Ja szybko ją przeczytałam i równie szybko o niej zapomnę, bo nie zbudziła we mnie absolutnie żadnych emocji. Ani nie byłam zachwycona wątkiem miłosnym, ani zainteresowana tematem wielorybów, nie przejęłam się także przeszłością Lisy - a nie była ona kolorowa. To wszystko było jakieś takie... pozbawione uczuć.
Bohaterowie byli nijako wykreowani. W ogóle mam wrażenie, że w książkach Moyes wszyscy bohaterowie mają taki sam charakter - poza Lou i Willem, którzy byli bardzo charakterystyczni i każdy ich na pewno kojarzy. Także bohaterowie byli słabi. Ani ich nie lubię, ani nienawidzę. Totalna obojętność.
I tak naprawdę mogłabym darować osobie tę recenzję, gdyby nie świat, który zaprezentowała nam autorka. Czytając, oczami wyobraźni widziałam te piękne zatoki, wzgórza, krystaliczne czystą wodę... W czasie, kiedy wszyscy z utęsknieniem czekamy na wiosnę, na słońce, czytanie o takich pięknych miejscach było miodem na moje serce. I pocieszam się, że naprawdę niewiele już brakuje, a zima sobie pójdzie i mam nadzieję, że prędko nie wróci.

Podsumowując, "Srebrna Zatoka" jest dla zdesperowanych, którzy nie mają co czytać, bądź dla wielkich fanów Moyes, którzy za cel obrali przeczytanie wszystkich powieści tej autorki.
Z własnej woli po nią nie sięgajcie.

piątek, lutego 01, 2019

#109 "O psie, który wrócił do domu" by W. Bruce Cameron

#109 "O psie, który wrócił do domu" by W. Bruce Cameron

Cześć Moliki!
Styczeń za nami. Jak Wam minął? Jak postępy czytelnicze? U mnie trzy przeczytane książki w pierwszym miesiącu 2019 roku. Ostatnią z nich była "O psie, który wrócił do domu". Nie jest to mój ulubiony typ książek, nie przepadam za takimi historiami, ale mam pozytywne odczucia po przeczytaniu powyższej pozycji.

"O psie, który wrócił do domu" to historia uroczego psiaka o imieniu Bella. Bella jako szczenie zostaje znalezione i przygarnięte przez młodego mężczyznę Lucasa, który mieszka wraz ze swoją matką w niewielkim mieście w Stanach Zjednoczonych. Niestety Lucas ma bardzo buntowniczą osobowość, która przysparza mu problemów. Ze względu na panujące w ich stanie przepisy, mówiące o tym, że nie można posiadać psów niebezpiecznych ras, a takowym właśnie jest Bella, Lucas musi rozstać się ze swoim psem do czasu aż nie znajdzie domu poza granicami stanu. Pech chciał, że tuż przed jego przyjazdem po psa, Bella z tęsknoty ucieka z domu tymczasowego, aby odnaleźć drogę do domu i swojego człowieka.
I tutaj zaczyna się jej niebezpieczna i pełna przygód wędrówka. Pies pokonuje tysiące kilometrów, walczy ze zmieniającymi się warunkami pogody, głodem, niebezpiecznymi leśnymi zwierzętami i ludźmi, którzy nie zawsze okazują jej sympatię. Bella za wszelką cenę pragnie wrócić do domu i do Lucasa, bo tylko tam zaznała miłości i prawdziwego szczęścia.

Czytając nie można nie polubić Belli. Ten pies to wulkan energii, jest odważna i ciekawska, wszędzie jej pełno, ma niesamowitą intuicję, która pozwala jej wyczuć ludzkie emocje. Ma w sobie poczucie obowiązku, wie, że jest po to, aby nieść człowiekowi pocieszenie. Jest naprawdę urocza i kochana i już od pierwszych stron czuć, że to naprawdę dobry psiak.
Ja jestem raczej po stronie kotów, od zawsze byłam i będę kociarą. Nie mam nic przeciwko psom, ale sama chyba nie chciałabym go mieć. Aczkolwiek Bella mnie urzekła.

Powiem Wam, że autor bardzo obrazowo pokazał emocje zwierząt. Nie wiemy czy dokładnie tak jest w rzeczywistości, ale czytając takie książki, człowiek bardziej zaczyna rozumieć co odczuwa i myśli jego pupil, kiedy krzyczymy na niego, kiedy wychodzimy z domu bez pożegnania, kiedy się nim nie interesujemy. Ta książka momentami jest bardzo smutna, ja sama wzruszyłam się do łez dwa razy, ale poza kilkoma smutnymi epizodami, to książka jest naprawdę cudowna i nie miejcie obaw sięgając po nią. Warto!

Myśląc o tej książce, czuje ciepło na sercu. Takie ciepło dają nam nasze kochane zwierzaki, dlatego nie zwlekając kończę te moje wywody i lecę utulić mojego Stefka.

Aha! I koniecznie dajcie znać do myślicie o tej książce. I czy ogólnie czytacie książki o zwierzętach? Ja się tylko zaczęłam zastanawiać nad tym, czy jest jakaś książka z kotem w roli głównej, bo póki co z kocich bohaterów do głowy przychodzi mi tylko Garfield, ale ten kot to fenomen :)  Podpowiedzcie coś! :)

sobota, grudnia 22, 2018

#104 "Dziewiętnaście minut" by Jodi Picoult

#104 "Dziewiętnaście minut" by Jodi Picoult

Cześć Moliki!
Na rzecz "Dziewiętnastu minut" wróciłam do jednej z moich ulubionych autorek - Jodi Picoult. Dawno nie miałam z nią żadnego "spotkania". Zeszły rok obfitował w książki tej autorki, w tym jakoś w ogóle nawet o niej nie pomyślałam. Aż do teraz! Poczułam przypływ chęci i sięgnęłam po "Dziewiętnaście minut".

Powyższa powieść to historia Petera, nastolatka, który już od najmłodszych lat zmagał się z szyderstwami i poniżeniem ze strony rówieśników. Na każdym etapie swojej edukacji, w każdej szkole, był popychadłem i głównym celem żartów szkolnej elity.
Pewnego dnia czara goryczy przelała się i Peter wparował do szkoły uzbrojony "po pachy", zastrzelił i ranił swoich szkolnych kolegów, doprowadzając do wielkiej tragedii.
Rozpoczyna się proces, który ma na celu wyjaśnić co tak naprawdę skłoniło Petera do tak drastycznych kroków, co właściwie wydarzyło się na szkolnych korytarzach, czy Peter działał w pojedynkę i czy był poczytalny w momencie popełniania tak okrutnej zbrodni.

Lubię książki Picoult za jedną rzecz - zawsze stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach. Stawia im dylematy, które niekiedy naprawdę doprowadzają ich do ostateczności. Pomimo tego, że jej książki to wyłącznie fiksacja literacka, to większość z nich mogłaby wydarzyć się naprawdę. I myślę, że to jest właśnie powód dla którego jej książki są tak chętnie czytane - są po prostu prawdziwe.
Jeśli zaś chodzi o "Dziewiętnaście minut" to książka mi się podobała. Picoult wykreowała ciekawych bohaterów i nie ukrywam, że najbardziej interesującym okazał się Peter. Uważam, że jego portret psychologiczny jest skomplikowany i bardzo, ale to bardzo chciałam wiedzieć, co skłoniło go do takiego czynu. Ja doskonale rozumiem, co Peter czuł w szkole, kiedy rówieśnicy rzucali pod jego kątem głupie żarty albo kiedy robili mu złośliwe psikusy. Nie doświadczyłam tego tak brutalnie, ale mimo wszystko wiem, co to znaczy być nielubianym i nietolerowanym w szkole.
Książka ta porusza naprawdę ciekawy wątek i bardzo na czasie, bo temat szkolnego szykanowania wciąż jest bardzo aktualny. Nie tolerujemy tego co inne, co nie codzienne, nie lubimy jak ktoś się wyróżnia, śmiejemy się, kiedy ktoś jest zbyt niski lub ma za wysoki głos, gardzimy, kiedy ktoś jest innej orientacji seksualnej lub wyznaje inną religię. Nie rozumiemy siebie nawzajem, nie umiemy współczuć, nie tolerujemy się, nie akceptujemy. Oceniamy siebie względem wyglądu, nie próbujemy nawet poznać siebie wzajemnie, od razu zakładamy, że jak ktoś jest cichy i skromny, to jest nudny i nieciekawy, jak chłopak ma cienki głos i jest szczupły, to od razu mianujemy go gejem.

Ja osobiście nie zgadzam się na takie traktowanie drugiego człowieka. Staram się nie oceniać - zwłaszcza po wyglądzie. Nie wiem czy mi to wychodzi, ale staram się traktować ludzi tak jak sama chciałabym być taktowana - z szacunkiem i życzliwością.

Jak widzicie "Dziewiętnaście minut" wzbudza emocje w czytelnikach. I w książkach Picoult zawsze tak jest. Zawsze porusza jakiś temat obok którego nie można przejść obojętnie.
Jeśli lubicie takie książki to koniecznie sięgnijcie po literaturę tej autorki.
Ja polecam!

niedziela, października 21, 2018

#96 "Arabski syn" by Tanya Valko

#96 "Arabski syn" by Tanya Valko

Cześć Moliki!
Przychodzę do Was dzisiaj z recenzją kolejnej części arabskiej sagi Tanyi Valko - "Arabski syn". Autorka serwuje nam kolejną dawkę emocji, wrażeń i wzruszeń. Wracamy do losów moich ulubionych bohaterów, trzech Polek - Doroty, Marysi i Darii oraz ich rodziny i przyjaciół. W tym tomie nie zabrakło szokujących i drastycznych scen, bólu, cierpienia i makabrycznych zbrodni, których dopuszczają się islamscy bojownicy.

Jak już wiemy z poprzednich części najmłodsza córka Doroty, Daria, nieświadomie zakochuje się w najgroźniejszym terroryście obecnych czasów - dżihadi Johnie (nie zapominajcie, że wszystko jest fikcją, w książce nie ma żadnych prawdziwych bohaterów). Młodzi małżonkowie ruszają w świat, aby realizować kolejne chore pomysły bandyty, który za cel obrał sobie unicestwienie wszystkich grzeszników wyznających islam, ale także niewinnych ludzi żyjących według innych wiar. W pościg za młodymi wyrusza siostra Darii, Marysia oraz jej mąż Hamid, który walczy z terroryzmem. Para chce odbić niewinną Polkę i zwrócić ją polskiej rodzinie.
W poprzednim tomie "Arabski mąż" widzieliśmy jak wygląda ta przeprawa, jak wiele trudu ich kosztuje podróżowanie śladem terrorysty i mierzenie się z krzywdami, które wyrządza niewinnym ludziom. W "Arabskim synu" są oni na dobrej drodze do schwytania dżihadi Johna, jednak ten zawsze jest pół kroku przed nimi. Jedna nierozważna decyzja Hamida sprawia, że bohaterowie wpadają w ręce Beduinów i zostają otruci bardzo niebezpieczną substancją. W wyniku otrucia Hamid prawie traci życie, a Marysia zostaje porwana przez Beduinów i po wielkich przeprawach trafia do obozu uchodźców w Jordanii. 

Ten tom arabskiej sagi dostarczył mi wielu wrażeń! Mogę być nieco nieobiektywna, bo cała ta seria jest moją ulubioną i pomimo tego, że zawsze staram się być odrobinę krytyczna wobec tej historii, to nie zawsze mi to wychodzi. Podziwiam autorkę, że ma tak wiele pomysłów na losy bohaterów, bo we wszystkich częściach spotykamy się z czymś, co od zawsze zadziwia i wstrząsa ludzkością. Od dramatycznego i haniebnego traktowania kobiet przez arabskich mężczyzn, poprzez przyczyny i skutki wojny w Libii, prawdziwe oblicze luksusowych i ociekających złotem Emiratów Arabskich, aż do zamachów terrorystycznych i życia uchodźców w specjalnych obozach. Bardzo jestem ciekawa, co zaprezentuje nam Valko w kolejnej części, bo wszystkie te tematy są jak dla mnie bardzo interesujące. 

Jeśli miałabym coś zarzucić tej książce, to będzie to ta sama rzecz, co w poprzednich częściach. Zadziwia mnie zachowanie bohaterów, którzy myślą jedno, a robią drugie, przez co wpadają w kolosalne kłopoty, nierzadko zagrażające ich życiu. W książce autorka przytacza myśli bohaterów i stąd się bierze moje zdziwienie i niedowierzanie, jak ktoś kto myśli dość racjonalnie, postępuje w głupi i nieodpowiedzialny sposób. Trochę mnie to denerwowało i irytowało, jednak powoli przymykam na to oko, bo rzecz ta powtarza się notorycznie w każdej części. 
Na plus, tak jak poprzednio, zaliczam to, że autorka nie rozpisuje się już obszernie na temat tradycyjnych arabskich strojów, posiłków, świąt itd., bo wszystko to było szczegółowo opisane w poprzednich tomach.

Podsumowując, książka jest świetna! Z wielką przyjemnością wracam do tych bohaterów i ich losów. "Arabski syn" to już dziewiąty (!) tom ich historii i szczerze powiem, że mam pojęcia jak i kiedy się to zakończy. Mam nadzieję, że Valko ma jeszcze kilka asów w zanadrzu, bo ciężko będzie mi się rozstać z tą serią. 

Czekam na więcej! 


Autor: Tanya Valko 
Tutuł Arabski syn 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 
Data wydania: 22 maj 2018
Liczba stron: 547

niedziela, lipca 22, 2018

#88 "Moje serce w dwóch światach" by Jojo Moyes

#88 "Moje serce w dwóch światach" by Jojo Moyes

Muszę przyznać, że byłam bardzo zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że Jojo Moyes postanowiła napisać kolejną część historii Lou Clark. Przy okazji poprzednich recenzji wspominałam już, że moim skromnym zdaniem cała ta historia powinna zakończyć się na pierwszym tomie. Druga część "Kiedy odszedłeś" była totalnie zbędna i w ogóle mi się nie podobała, dlatego sceptycznie podeszłam do "Mojego serca w dwóch światach". Jednak jako wielbicielka "Zanim się pojawiłeś" musiałam przeczytać wszystkie części tej serii. 

W trzecim tomie ponownie spotykamy się z Lou, która już uporała się z traumą związaną ze śmiercią Willa. Dziewczyna dostaje propozycję pracy, dlatego wyjeżdża do Nowego Jorku pozostawiając swoją rodzinę oraz obecnego chłopaka Sama w Anglii. Para oczywiście obiecuje sobie codzienne telefony i częste wizyty, ale wiadomo, że związki na odległość nie są łatwe. 
Lou podejmuje pracę jako osobista asystentka Agnes - młodej Polki, która związała się z dużo starszym Amerykaninem. Kobieta musi stawić czoła nieprzychylnym komentarzom, jakoby była z Leonardem Gopnikiem jedynie dla pieniędzy, musi użerać się z nienawiścią płynącą ze strony rodziny męża, służby, a także osób z otoczenia pana Gopnika. Wszystko to oraz osobiste kłopoty, które skrycie ukrywa sprawiają, że Agnes cierpi na wahania nastroju i często nie może poradzić sobie ze sprawami życia codziennego. Lou pojawia się tam, aby towarzyszyć Agnes podczas wszystkich zajęć, pilnować jej kalendarza i podtrzymywać na duchu. 

Jest to główny wątek tej książki, ale jak wiadomo życie Lou nie może być takie proste. W Nowym Jorku dziewczyna poznaje wiele nowych osób, którym stara się pomóc. I tak poznajemy portiera Ashoka i jego rodzinę, którzy walczą o "utrzymanie przy życiu" miejskiej biblioteki, Margot De Witt, samotną sąsiadkę czy przystojnego Josha, który stara się skraść serce Lou. A jeśli dodamy do tego Sama, który został w Anglii i rozpoczął pracę z nową, atrakcyjną partnerką, to tworzy się nam całkiem niezły garimatias i kilka ciekawych wątków. 

Po tej książce miałam tylko jedno oczekiwanie - chciałam, aby była lepsza niż "Kiedy odszedłeś". I wiecie co? Była! Naprawdę bardzo fajnie czytało się tę książkę, bo dużo się w niej działo. Nie było nudno, nowi bohaterowie okazali się być interesujący i wzbudzali sympatię - nawet Agnes, która często mnie denerwowała. Od początku trzymałam kciuki za Lou, bo jak na tak młodą dziewczynę, to wiele przeszła i życzyłam jej jak najlepiej. Liczyłam na jakiś happy end, ale nie zdradzę Wam, czy moje marznie się spełniło. Przeczytajcie książkę! Bo jeśli mieliście tak jak ja, że "Kiedy odszedłeś" pozostawiło w Was niesmak, to ta trzecia część z pewnością pozwoli Wam o tym zapomnieć. 

A na koniec takie moje małe spostrzeżenie... Poza serią z Lou Clark, przeczytałam tylko jedną książkę Jojo Moyes - "Dziewczynę, którą kochałeś", która podobała mi się średnio. "We wspólnym rytmie" leży w kartonie i czeka na przeczytanie. Ale tak się zastanawiam, czy nie jest tak, że "Zanim się pojawiłeś" okazało się wielkim hitem i teraz autorka po prostu odgrzewa stare kotlety, aby wciąż być na topie? Bo żadna inna pozycja Moyes nie dorównała, ani nawet nie przybliżyła się do popularności wspomnianej książki. Czy tworzenie na siłę kolejnych przygód Lou jest naprawdę konieczne? Tak jak wspomniałam na początku, jak dla mnie wszystko mogło zakończyć się na jednym tomie. I tak by było chyba najlepiej. 
Mimo wszystko lubię styl pisania Moyes i czekam na jej kolejne powieści. Z pewnością sięgnę jeszcze po jej książki, ale czekam na prawdziwy hit! Myślicie, że się doczekam? 

A jak było z Wami? Czekaliście na kolejne tomy historii Lou czy macie takie samo zdanie jak ja? 

Tytuł: Moje serce w dwóch światach 
Autor: Jojo Moyes 
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 6 czerwca 2018
Liczba stron: 512

niedziela, maja 20, 2018

#82 "Mediatorka" by Ewa Zdunek

#82 "Mediatorka" by Ewa Zdunek

 Dawno mnie tutaj nie było... Aż mi wstyd z tego powodu, aczkolwiek ostatnimi czasy mam ogromny zastój z czytaniem, z weną do robienia zdjęć, z pisaniem... Jakoś straciłam do tego zapał i nie wiem skąd czerpać motywację. Nie podoba mi się to co robię, nie podobają mi się zdjęcia, jakoś recenzji... Czasami myślę, że potrwałam się z motyką na słońce, bo jest tyle pięknych blogów i profili poświęconych książkom. Odnoszę wrażenie, że mój profil @na.regale niczym się nie wyróżnia i gnie gdzieś w gąszczu tych wszystkich kont. 
Jeśli dodam do tego statystyki i liczbę uciekających obserwatorów, których z dnia na dzień jest coraz mniej, to naprawdę ciężko znaleźć motywację do jakiegoś działania. Każdy z nas przechodził kiedyś jakiś kryzys, gorsze dni - to wszystko prędzej czy później mija, ale potrzeba czasu i ważne w tych momentach jest zrozumienie, jednak odnoszę wrażenie, że z tym jest właśnie najgorzej. 

Ale nie poddaję się. Skreśliłam już ten rok pod względem wszystkich wyzwań i rekordów, które sobie założyłam w styczniu. Stawiam na jakość, a nie ilość, nie walczę z czasem, nie zmuszam się do niczego i mam nadzieję, że to zrozumiecie. Zapewne zdarzy się, że przez długie tygodnie nic nie pojawi się na blogu, że zdjęcia na instagramie będą pojawiały się rzadziej, ale widocznie tak ma być. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do swojej formy sprzed kryzysu i na nowo prowadzenie wszystkich kont będzie sprawiało mi taką frajdę jak na początku. 

Ale nie o tym miał być dzisiejszy post. Przychodzę do Was z recenzją, a właściwie "półrecenzją" książki "Mediatorka" Ewy Zdunek. Dlaczego "półrecenzja"? Ponieważ nie udało mi się jej przeczytać do końca. Z książką męczyłam się 1,5 miesiąca i stwierdziłam, że to koniec i nie zdołam przeczytać kolejnych rozdziałów. Bardzo mi przykro, ale niestety tak czasami się zdarza. 

Tytułowa "Mediatorka" to Marta Kołodziej, kobieta w średnim wieku, matka dwóch dziewczynek i mediatorka. Razem ze swoją przyjaciółką prowadzi biuro mediatorskie, gdzie stara się pomóc zwaśnionym małżonkom, rodzinom i dzieciom. Poza stresującą pracą, Marta musi stawić czoła byłemu mężowi, który próbuje porwać ich dzieci oraz rodzicom, którzy nie rozumieją życiowych wyborów głównej bohaterki i którzy próbują uprzykrzyć jej życie na każdym możliwym kroku. 
Dla mnie najbardziej denerwujące w tej książce były wykreowane postaci. Od początku nie polubiłam Marty, która jest niezdecydowana, nieco naiwna, infantylna i w ogóle nie pasuje mi do mojego wyobrażenia mediatora. Kobieta nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem i relacjami rodzinnymi, a radzi innym jak to robić. Trochę mi się to nie kleiło. Również nie polubiłam przyjaciółki Marty - Betki. Kreowana jest na żywiołową i energiczną kobietę, która wie czego chce od życia, a tymczasem wiąże się z facetem, który jest totalnie od niej różny. Wiem, że przeciwieństwa się przyciągają, ale tym razem coś nie "pykło". 

Akcja tej książki jest dość dynamiczna. Zaczyna się od wypadku Marty, potem były mąż wywozi córki za granicę, w międzyczasie tytułowa mediatorka boryka się z problemami swoich klientów, a do tego wszystkiego dochodzą kłopoty znajomych. Teoretycznie książka nie powinna się nudzić, bo jak widzicie dzieje się, ale nie odpowiadał mi sposób pisania pani Zdunek, wydawał mi się nieco chaotyczny, a poza tym największą przeszkodą dla mnie byli bohaterowie. 

Także niestety nie mogę polecić tej książki, ale wydaje mi się, że miłośniczki literatury kobiecej mogą być zadowolone z lektury. Ja wciąż czekam na polskiego autora tego gatunku, który mnie powali na kolana, bo w tym roku była to moja trzecia książka polskiej autorki i niestety po raz kolejny bardzo się zawiodłam. 

Czytaliście "Mediatorkę"? Podobała się? 


Tytuł: Mediatorka
Autor: Ewa Zdunek 
Wydawnictwo: WAB
Data wydania: 4 kwietnia 2018 
Liczba stron: 315
Copyright © 2016 NA REGALE , Blogger